Ostatnie wpisy
Zakładki:
... m.in. moje książki w wydawnictwie "Polonica"
Linki
|
Blog Michała Moszkowskiego
poniedziałek, 27 lutego 2006
Wierność
Jego ojciec był bardyo spokojnym człowiekiem, może dlatego zrobiono go Dyrektorem Szkoły Partyjnej. Uczył władców Polski marksizmu - leninizmu, bez którego władcy nie mogliby rządzić. Przecież zdawali później egzaminy w Moskwie. Dyrektor nazywał sam siebie Filozofem i spał po nocach spokojnie. Tego właśnie spokojnego snu nie mógą znieść jego syn, a mój Przyjaciel. Był to młodzieniec jak marzenie. Wysoki, smagły, przystojny, inteligentny. Idealny materiał na kochanka, a nawet ma męża. Niestety, zmieniał kochanki jak rękawiczki i żadna nie mogła się przy nim dłużej zagrzać. Mieszkał w kompletnej prostracji, jak gdyby światu chciał pokazać, że nic sobie z niczego nie robi. Ludzie do niego lgnęli, miał w sobie coś przyciągającego, ale on ich tylko ośmieszał i opluwał. Nie wiem dlaczego mnie wybrał sobie na przyjaciela. Byłem mały, łysy i bardzo pryeżywałem swoją emigracje. Czułem się tak jak gdyby niebo się nade mną zawaliło. On zaś był światowiec. Mówił płynnie po angielsku i z Olbrzymami dyskutował sprawy światowe. Ja słuchałem i nic nie rozumiałem. On zaś brylował jak mały motorek. I wydawało się, że jasna przyszłość się przed nim otwiera. Wino, kobiety i śpiew. Ale on miał w sobie zadrę. Wcale nie taką maleńką. Ojciec. Ojciec, Dyrektor/były/ Sykoły Partyjnej go męczył. Nie mógł wybaczyć ojcu, że szkolił ideologicznie tych wszystkich władców Polski, którzy przecież wyrzucili w końcu mojego przyjaciela z Kraju. Ale ojciec jest ojcem. Nie jest łatwo go się pozbyć, tym bardziej, że jest staruszkiem i również emigrantem. Co robić? Najprostszym wyjściem byłoby przecież popełnić samobójstwo. Nie ma mojego przyjaciela i nie ma problemu. Ale na to mój przyjaciel nie chciał pójść. Zal mu było tych możliwości, które się przed nim w końcu otwierały. Bo chociaż udawał abnegata, to jednak kochał pochwały i pieniążki. Po długich perturbacjach psychicznych postanowił ojczulka zniszczyć. Ale jak zniszczyć ojca, który i tak już stoi nad grobem? Mój przyjaciel, którego imienia z pewnych względów nie chcę ujawnić, zaczął rozsyłać do władz szwedzkich anonimy, że jego ojciec jest złodziejem. Złodziejem czego? A no ukradł obrazy cenne swoim uczniom partyjnym i wywiózł. Właściwie nie ukradł, tylko wyłudził władze szwedzkie wcale tym się nie przejmowały. Dostawały codziennie tyle anonimów, że anonim mojego przyjaciela, do tego emigranta,, wogle ich nie obszedł. I nie o to chodziło mojemu przyjacielowi. Chciał, żeby ojciec wiedział, że jest niszczony i opluwany. Próbował synowi tłumaczyć, że on tylko ideologicznie uświadamiał swoich wysoko postawionych uczniów, ale syn widział w nim ciągle krwawego czekistę. Mój przyjaciel mścił się, mścił się na całym świecie, że jest tym kim jest, to znaczy po prostu emigrantem. Ojca już opluł. Olpuwał również swoich najbliższych kolegów, którzy odsuwali się od niego jak najdalej. Wypowiedział mieszkanie. Zamieszkał właściwie na ulicy. Od czasu do czasu pojawiał się w stroju mocno zaniedbanym w Pubach i krzyczał, że jest niewinna ofiarą reżimu. A on pił i płakał nad samym sobą. W końcu, kiedy los już porządnie go przycisnął, zamieszkał u mnie. Pościeliłem mu na podłodze i tak trwaliśmy sobie, dwa listki powiewające na wietrze. Któregoś dnia zapytałem go dlaczego wciąż się ze mną przyjaźni, bo przecież odrzucił od siebie wszystkich innych przyjaciół i znajomych. A nawet ojca. Popatrzył mi prosto w oczy i powiedział: - Bo muszę mieć świadka, że kiedyś istniałem.
piątek, 10 lutego 2006
Giblartar
Nie jestem człowiekiem specjalnie metafizycznie usposobionym. Całe życie bałem się duchów, ale przed opuszczeniem Polski poszedłem do hinduskiego Wróżbity w Klubie Hinduskim na placu teatralnym w Warszawie. Siedzieliśmy przy barze, świece świeciły niemrawo, Wróżbita w turbanie spojrzał mi bezwstydnie w oczy i powiedział: pojedziesz w daleją podróż na wiele lat. Wzdrygnąłem się, nie miałem zamiaru zostać Sindbadem Zeglarzem, moim jedynym marzeniem było umrzeć na Krakowskim Przedmieściu, gdzeić w pobliżu "Telimeny". Trochę wziąłem Wróżbitę za wariata. Gdzie mi tam było do podróży. Byłem na utrzymaniu Rodziców. Dostawałem codziennie od nich kieszonkowe, 10 złotych. Za pięć złotych kupowałem sobie małą paczkę papierosów "Sport", ay drugie 5 złotych kupowałem sobie małą kawę w kawiarni "Błękitna" i przesiadywałem tam cały dzień to czytając w "Zycie Warszawy", to znów dyskutując nad symbolicznym znaczeniem Rogu Wojskiego w "Panu Tadeuszu". Symbolika była oczywiście erotyczna, tylko nie wiedzieliśmy - męska, czy damska? Więc gdzie mi było w podróże? Ale stało się i wypchnęło mnie z Kraju jak z katapulty, nawet nie obejrzałem się kiedy. Wróżbita przewidział. Czyż to nie była metafizyka? A może miał wtyczki we władzach najwyższych i wiedział, co się stanie? Ale nie o tym chciałem. Juy po głębokim odsiedzeniu emigracji pojechałem do hiszpańskiej Andaluzji. Pojechałem z moimi dwoma siostrami, żebym się przydapkiem nie zgubił. Hiszpania ma to do siebie, że nie jest krajobrazowo krajem sielankowym. Skaliste góry, pustynie i zimne może, chociaż w górze świeci cidowne słońce. Byłełm zadowolony. Nareszcie niebyłem emigrantem, tylko najzwyklejszym turystą. Odetchnąłem. Rozłożyłem się w hotelu i czekałem co będzie. Nie poszedłem do morza razem siostrami. Patrzyłem przez okno o kontemplowałem, ale wciąż przychoidzy mi na myśl postacie dawnych kolegów, z którymi gram w warcaby. Ki diabeł? Hiszpania coś na mnie źle wpływała. Następnego dnia pojechaliśmy autobusem w stronę Giblartaru. Wiadomo, że Giblartar jest angielski. Chcieliśmy wypić piwo w prawdziwym Pubie. Jedziemy nad morzem. W oddali Delfiny sobie igrają. Ja ponury, bo nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Wysiadłem z autobusu i wyrosła przede mną niebotyczna skała, skała Gibraltaru. Patrzyłem i nie wierzyłem własnym oczom. Na płaskim brzegu góra wspaniała, wyjście na morze. Poczułem się malutki, malusieńki. Lata emigracyjne we mnie przestały znaczyć cokolwiek. Byłem urzeczony trwaniem. Góra zbłiżała się do mnie jak gigantyczny obłok. Olśnienie było we mnie teraz, nadprzyrodzone światło. Doznałem mistycznej jedności z Bytem. Do mnie, zatwardziałego ateisty, przemawiał Bóg. Zamknąłem oczy i chciałem tak trwać przez wieczność. Kiedy je otworzyłem skała była już zwykłą skałą. Nic nie powiedziałem moim siostrom, bo by mnie wyśmiały.Weszliśmy do miasta przez drogę asfaltową, która była jednocześnie lotniskiem. W górze przywitały nas pokojowo nastawione małpy. Wszystko było angielskie i zwyczajne. Tylko ja nie byłem już tym samym człowiekiem. Musiałem przyjechać do Giblartaru, żeby odczuć, że nie zawsze będę emigrantem.
czwartek, 09 lutego 2006
Bezdomni
Miałem przyjaciela. Nie wiem, czy miałem. Traczej nie miałem, bo okazał się Katem. Byliśmy jak dwa bliźniaki. Nie rozstawaliśmy się nigdy.Szedłem sobie do miasta, on ze mną. Wchodziłem do kawiarni, a on już pytał, co chcę yamówić, herbatę, czy czekoladę. Bardzo byłem zadowolony z tej stałej asysty. Był to młodzieniec przystojny i zawsze uśmiechnięty. Dwie głowy wyższy ode mnie. Nie bałem się z nim chodzić nawet po najciemniejszych ulicach. Jako emigrant i obcy w tym mieście byłem lekko zastraszony. On dodawał mi odwagi. I na wszystkim się znał. Wiedział, co dzieje się w Wenezueli i kto napisał "Kosmos". Moja narzeczona wynosiła go pod niebiosa. Mówiła, że gdzbzm był taki sam jak mój przyjaciel, to dopiero wtedy chciałaby ze mną być na prawdę. Puszczałem te jej słowa mimo uszu. Nawet chciałem się od mojego przyjaciela odłączyć, ale ten mnie nie odstępował. Zjawiał się w moim domu już z samego rana i zaczynał mnie chwalić. Zaś jak już twierdził Swidrigajłow, na pochlebstwa każdy się złapie. Twierdził, że nie tylko jestem genialny, ale że nawet genialnym umrę. W takich wypadkach czułem się jego bliźniakiem zwielokrotnionym. I muszę przyznać, że to jego towarzystwo ciągłe odpowiadało mi. Nie czułem się nigdy sam. Narzeczona czasami narzekała, że mnie nigdy w domu nie ma, ale ja wolałem być y moim przyjacielem. Któregoś dnia przychodzę do domu z bibluioteki, bo chodziłem do biblioteki często udając przed samym sobą, że coś robie, a tu przy stole w kuchni siedzi mój przyjaciel. Pali papierosa, pije kawę i patrzy na mnie jak na kogoś obcego. Przy nim moja Narzeczona cała w skowronkach. Nic nie powiedziałem i chciałem usiąść przy stole, ale mój przyjaciel krzesło odsunął i ośwoadczył, że pod tym adresem ja już nie mieszkam. Pomyślałem, że to żart, ale przyjaciel drzwi mi pokazał i powiedział, żebym się wynosił. Powiedziałem, że ja tu mieszkam, a ten się tylko kwaśno uśmiechnął i powiedział, że w tym kraju mieszka się tam, gdzie jest uczucie, a nie zameldowanie. Narzeczona pokiwała twierdząco głową. Mój przyjaciel tak się długo do mnie przytulał, aż się w końcu przytulił do mojej Narzeczonej, która już najwidoczniej stała się jego Narzeczoną. W państwie nowoczesnym trzeba być samemu nowoczesnym. Nie pozostawało mi nic innego jak wyjść na ulicę. Nie znałem nikogo w tym mieście, nie miałem w notesie żadnych telefonów. Ybliżała się noc. Poszedłem do pierwszego lepszego sklepu i poprosiłem o kilka kartonów. Ekspednient, który wręczył mi kartony spojrzał mi głęboko w oczy i westchnął. Poszedłem na główną ulicę, rozłożyąem kartony i ułożyłem się do snu. Nie miałem nic innego do roboty. Nawet nie napisałem na karteluszku, że proszę o wsparcie. Zasnąłem. Obudził mnie leciutki brzęk monety o bruk. Spojrzałem w górę na kogoś kto litował się nad moim losem. Jakież było moje zdumienie, kiedy nad sobą zobaczyłem wielgachną postać mojego przyjaciela. Twarz miał spokojną i pogodną, na głowie kaptur chroniący go przed kapuśniaczkiem lejącym się z nieba. Nawał mi do zrozumienia, że nasza prezyjaźń wcale się nie skończyła. Powoli się oddalił, chciałem za nim pomóc, ale przestraszyłem się, że kiedy zostawię moje kartony, ktoś mi je świśnie. W nocy nie byłbym już w stanie zdobyć innych kartonów. Przykryłem głowę kołnierzem kurtki i zamknąłem oczy. Przyzwyczajałem się do bezdomności. Nie musiałem już niczego udawać.
wtorek, 07 lutego 2006
Choroba jako zrodlo slawy
Co by sie stało z Dostojewskim, gdyby nie chorował na epilepsję i nie skręcał sie w chorbliwych drgawkach? Na pewno nie byłby tak sławny jak jest dzieki owej epilepsji. Nie wspominam już o van Goghu. Proszę powiedzieć w towarzystwie "ucho", a zaraz wszyscy krzycza van Gogh i oświadczają, że jego obrazy kochają nad życie. Nie ma sensu wymieniać innych przykladów zdobywania slawy za pomoca choroby, jest ich multum. Chciałbym opowiedzie o swojej chorobie, która wyniosła mnie na szczyty sławy w emigracyjnym środowisku sztokholmskim, niewielkim liczbowo, ale sława jest zawsze sławą. Krótko mówiąc - zabolał mnie palec. Nie od pisania. Po prostu zabolał. To było coś nowego, ale myślałem, że przejdzie. Palec to nie nerka, ani płuco. Z bolącym palcem możne żyć, tym bardziej, że nie był to palec wskazujący, ale kciuk. Kciuk specjalnie nie jest potrzebny, ani przy gotowaniu, ani przy wycieraniu naczyń. Prawie zapomniałem o palcu, ale mnie bolał. Więc się zwierzyłem bylekomu, że mnie palec boli. O północy dostałem telefon i poinformowano mnie, że na bolący palec najlepsze jest moczenie w rumianku. Ki dyjabeł, północ, a oni mi wyjeżdzają z rumiankiem. Nie mogłem zasnąć, myślałem o bolącym palcu, chociaż właściwie mnie tak bardzo nie bolał. Wstałem z łóżka i poszedłem do kuchni moczyć palec w rumianku. Całą noc nie mogłem spać. Palec rwał jak opętany. Zadzwoniłem do przyjaciela B. i powiedziałem, że przez całą noc nie mogłem zasnąć z powodu palca w rumianku. Zaśmiał się, na palec najlepsza jest Aspiryna, powiedział. Posłuchałem go i wziąłem Aspirynę. Do pracy już nie poszedłem. Poszedłem do kawiarni, żeby odetchnąć trochę od swojego palca. Od swojej choroby. Właściciel kawiarni, Polak, bo w Sztokholmie wszystkie kawiarnie należą do Polaków, tak się jakoś złożyło, przywitał mnie szerokim gestem. Już wiedział o mojej chorobie, już wiedział o moim palcu. I patrzy mi na palec i się śmieje. Amputować, krzyczy, amputować, a później odszkodowanko, a za Odszkodowanko sobie książkę wydać, taki ci palec to najlepszy Sponsor. Nigdy nie oddam palca za odszkodowanie, powiedziałem dumnie i siorpnąłem z filiżaneczki francuskiej kawę czarną, którą mi zaserwował darmowo Właściciel. Pomyślałem sobie, że już ból w palcu na siebie pracuje, że już jestem ważny, bo Właściciel mnie kawą poczęstował. Za ten ból. Pomyślałem sobie cichutko, że Odszkodowanko, to byłaby niezła rzecz. O Sponsora w Sztokholmie jest tak samo trudno jak o diamenty na górze Synaj. Zadna powieść się przecież sama nie wyda, zaś moje szuflady już pękały w szwach od rękopisów. Wypiłem szybko kawę i poszedłem do domu. Byłem już prawie zdecydowany. Amputować, czy nie. Wziąłem wielgachny nóż do ręki. Kciuk położyłem na desce do krajania mięsa. A tu telefon. Hallo, Michał? Ty masz ten palec, mówił głos, musisz coś z nim zrobić, bo to się może rzucić na wątrobę, albo nie daj Boże Rak. Rzuciłem słuchawką i już nie miałem wątpliwości. Ciach nożem przez łapę, kciuk odpadł, krew trysnęła, ja padłem zemdlony na podłogę. Kiedy ocknąłem się stał nade mną w kuchni tłum Rodaków. Łzy im z oczu ciekły i smętnie na głos zawodzili. Podniosłem się, bez palca już i chciałem zapytać Rodaków, co z Odszkodowaniem, ktoś cicho powiedział: a czym ty, biedaku, będziesz teraz pisał, bo Pisorz jesteś, przecież bez kciuka się nie da. Komputerem będę pisał, jęknąłem. Ale czym będziesz czeki podpisywał? Zrobiło mi się mroczno na duszy, pomyślałem o uchu van Gogha i straciłem przytomność. Mam nadzieję, że mój odcięty Kciuk stanie się w końcu relikwią narodową. Tak, czy inaczej, sławy wśród Rodaków zażyłem.
poniedziałek, 06 lutego 2006
Zbrodnia i Kara
Dlugo nie pisalem mojego Blogga. Moze dlatego, ze od pewnego czasu czytam "Zbrodnie i Kare" Fiodora Dostojewskiego. Niby to jest powiesc o ktorej sie wszystko wie, al jednak ciarki przechodza, gdy sie ja czyta. Czlowiek wchodzi w maligne w jakiej znajdowal sie bohater powiesci, Raskolnikow. On trwa caly czas na pograniczu obledu. Jest to oczywiscie powiesc napisana z pozycji mordercy, ale przede wszystkim z pozycji istoty, ktora chce sie wydostawc ze swojej kondycji ludzkiej na powierzchnie. Na powierzcnie czego? Lepszego ogladu swiata, czy wreszcie posiadania wladzy. To jest powiesc antydarwinowska. Pokazuje do czego doprowadza idea doboru naturalnego. W "Biesach" i "Idiocie", w "Braciach Karamazow", jest natlok idei i postaci, tutaj tylko jedno pytanie: czy mozna zabic niepotrzebnego czlowieka, "wesz", jak mowi Raskolnikow Soni". Dostojewski byl tak genialny, ze przewidzial ideologie nazistowska. W karykaturach w III Rzeszy pokazywano Zydow jako insekty. Dostojewski przewidzial pogarde Ideologii dla zwyklego niezwyklego czlowieka. Postepowcy sa wysmiani w powiesci rowniez, skarykaturowani jaki Ci co chca zniweczyc rozniece miedzy ludzmi i zniweczyc wszelkie wyzsze wartosci. Miedzy postepowcami i"ideowcami" jest przepasc, ale laczy ich podwazanie podstawowych ludzkich wartosci. Raskolnikow wspolczuje cierpiacym, ale chce byc Napoleonem, sprawdzic czy moze wywyzszyc sie ponad codziennosc. Byc Wodzem chocby samego siebie. Zabija siekiera Lichwiarke, ale rowniez, przypadkowo, jej niewinna siostre Lizawiette. I tu jest genialnosc Dostojewskiego. Gdyby Raskolnikow zamordowal tylko Lichwiarke bylby zwyklym rabusiem, ale "niewinna" ofiara obciaza natychmiast sumienie mordercy, bo Raskolnikow wcale nie jest bez uczuc. Wprost przeciwnie, jest przepelniony uczuciami i wspolczuciem. Pragnie tylko zemsty na ludziach, ktorzy wysasaja krew ze zwyklych ludzi. Chce zemsty i sprawiedliwosci, ktora on sam bedzie wymierzal. Chce sie sprawdzic. Chce wyjsc poza swoja slabosc. Tu juz krok do "Biesow", powiesci ktora kongenialnie obnazyla terroryzm i gre rewolucyjna. Jestem w stanie oblezenia. Oblezenia ta powiescia. Tak doskonale napisanej, ze az nazbyt doskonalej. I tak nowoczesnej,z e nie wiem, czy najwieksze powiesci ostatniej epoki jej dorownuja. Patrze na zdjecia mas muzulmanskich, ktore rozbijaja i pala Ambasady panstw zachodnich i nie moge uwierzyc. Dostojewski to przewidzial wszystko. Z jednej strony Muzulmanie, ktorzy chca byc Napoleonami, a z drugiej strony nasi kochani Postepowcy, ktorzy chca pouczac maluczkich. Nie wiem czy przezyje te lekture. Skonczy sie na tym, ze pojade z Raskolnikowem na Sybir.
sobota, 03 grudnia 2005
Krzyz walecznych
Nastala tak zwana Odwilz. Harcerzom pozwolono nosic roznokolorowe chusty. Czerwonymi chustami pogardzono. Pozwolono nawet nosic dawne czapki harcerskie przypominajace przedwojenne wojskowe rogatywki, albo maciejowki jakie nosil Marszalek Pilsudzki. Jednym slowem rewolucja w swiecie harcerskich. Szlismy do lasu i spiewalismy: nie rzucim ziemi skad nasz rod, oraz - nie bedzie Niemiec plul nam w twarz. Zapalilem sie straszliwie. Szczegolnie podniecaly mnie harcerskie czapki z twardym daszkiem. No i sznury harcerskie i krzyze. Doprawdy zabawa mogla byc na sto dwa. Sprawnosci harcerskie, marsze harcerskie i spiewy przy ogniskach. Tym bardziej, ze wszyscy zapatrzeni bylismy w powstancze Szare Szeregi. Kazdy z nas chcial byc Szarym Szeregowcem. Ale jakos do Nowego Harcerstwa nie wielu sie zglaszalo mlodziencow. Rodzice odradzali. Czasy wciaz byly niepewne. A co bedzie, jesli odwroci sie wszystko do dawnego? Nie daj Boze, Nowych Harcerzy najpierw zwina. Organizowal nas Remigiusz Soczek. Nie wiadomo skad sie pojawil. Oznajmil, ze organizuje druzyne harcerska. Prawdziwa, przedwojenna. Zglosilo nas sie na poczatek czterech. Soczek oswiadczyl, ze w Druzynie musi byc cztery Zastepy. Bylo nas czterech, wiec powstaly cztery Zastepy. Zostalem Zastepowym. Bardzo bylem z tego dymny. Bylem Zastepowym bez harcerzy. Ale to mnie specjalnie nie martwilo. Wierzylem, ze nowi harcerze przybeda. Czekalem dlugo i wciaz bylem sobie samemu Zastepowym. Od Soczka dostalem ksiazeczke harcerska, zielona, w sztywnej oprawie. W srodku pisalo: funkcja: Zastepowy! Fruwalem w powietrzu, ale do lasu chodzilismy tylko we czworke - czterech zastepowych. I Harcmistrz Remigiusz Soczek, ktory nas zapewnial, ze narod wrze i sposobi sie do czynu harcerskiego. I tak bysmy sobie chodzili do lasu udajac Zwiazek Harcerstwa Polskiego, gdyby nagle Harcmistrz Sopczek nie zniknal. Znikl jak kamfora. Nie przychodzil na zbiorki, nie pokazywal sie na ulicy, nie zawadzal o szkole. Nie wiedzielismy co robic. Stalismy sie po prostu trzodka bez pasterza. Tragednia. Siedzialem w domu i czulem, ze bez Harcmistrza Soczka nie chce mi sie zyc. Ktoregos dnia, moj ojciec, niby przypadkiem, powiedzial, ze moj Soczek siedzi. Gdzie siedzi? A no w wiezieniu? Jak to w wiezieniu? W wiezieniu za niewinnosc. Mozna siedziec w wiezieniu za niewinnosc?!, wykrzyknalem. Mozna, odpowiedzial ojciec, jesli niewinnemu udowodni sie jakas wine. Zdebialem. Nic nie powiedzialem. Ojciec kazal mi natychmiast schowac Ksiazeczke Harcerska, albo spalic. Nie spalilem. Schowalem najglebiej w szafie. I staralem sie zapomniec o sprawie. W koncu wyroslem z okresu harcerskiego i wyjechalem na emigracje. O Ksiazeczce Harcerskiej, zielonej, z krzyzem harcerskim wytloczonym na okladce nie zapomnialem. Wzialem ze soba. Na znak, ze kims kiedys bylem. Mijaly lata i moja pamiatka tracila sens. Komu moglbym sie pochwalic ta Ksiazeczka, komu, ze bylem kiedys Prawdziwym Harcerzem? Ktoregos dnia, w przyplywie emigranckiej paranoi rzucielem Ksiazeczke w bloto. Odwrocilem sie od swojej przeszlosci. To bylo tak jakbym Krzyz Walecznych rzucil w bloto, bo przeciez to byla moja beznadziejna walka.
środa, 30 listopada 2005
Dom wariatow
Mielem wtedy czternascie, albo pietnascie lat. Po prostu polozylem sie na lozku i postanowilem z niego nie wstawac. Wpatrywalem sie w sufit intensywnie i czylem, ze mnie wogole nie ma. Wpadlem w depresje. Czarna depresje. Zupelnie bez powodu. A moze powodem byla smierc Jozefa Stalina, ktorego uwazalem za Boga. Czy Bog moze umrzexc, raczej nie, a jezeli umiera, to wraz z nim umiera przeciez caly swiat. A moze to wszystko dzialo sie duzo pozniej, kiedy nagkle powszechnie stwierdzono, ze Stalin byl zbrodniarzem. Zwyklym niezwyklym zbrodniarzem. Czy moglbym to przezyc, to dotykalo mojej najglebszej istoty. Wiec lezalem na lozku i umieralem. Smierc nie przychodzila, wiec czekalem spokojnie,az przyjdzie. Nie jadlem, nie spalem, nie pilem. Wysychalem. Cere mialem ziemista, bylem suchy jak wior.I cieszylem sie z tego, bo wcale zyc nie chcialem. Rodzice byli w rozpaczy. Nie wiedzieli, co ze mna jest. Bylem chory, ale nic mnie nie bolalo i nie mialem goraczki. Tylko sztywny bylem, jak gdybym kija polknal. Czlonki mialem ciezkie jak gdyby z olowiu. Rodzice wzywali lekarzy jednego po drugim. Jeden mowil, ze to wyrostek i trzeba operowac natychmiast, inny mowil, ze to zapalenie pluc, alboi koklusz, albo szkarlatyna. A ja lezalem i czekalem na wyrok. Otwierala sie we mnie czarna dziura. W koncu, pewnej nocy, wezwano karetke pogotowia, ktora zawiozla mnie do szpitala. Nie byl to jednak zwykly szpital i nic nie chciano mi wyciac. Byl to po prostu Dom Wariatow. Lekarz zapytal mnie, czy wiem kim jestem. Odpowiedzialem, ze nie wiem i wypowiedzenie tych kilku slow sprawilo mi olbrzymia trudnosc. Zapytal mnie rowniez, czy wiem, co mnie opetalo. Wiedzialem,ale nie moglem tego jemu powiedziec, nawet samemu sobie. Uspokoilem sie troche, ze trafilem do Domu Wariatow. Wsrod Wariatow czulem sie razniej. Wsrod nich bylem normalny. Moglem milczec, albo mowic do siebie. Ale szybko zauwazylem, ze tylko ja zachowuje sie nienormalnie, ze nie chce wstac z lozka i udaje, ze wogole mnie nie ma. Pacjenci zachowywali sie zupelnie normalnie, rozmawiali cicho miedzy soba, scielili lozka, pomagali w kuchni, sprzatali po sobie. Zachowywali sie cicho i zdyscyplinowanie. Poddawali sie zabiegom z godnoscia. Niektorzy sami sobie do nosa wpychali sandy przez ktore miala do ich zoladkow wplynac rozcienczony cukier, zeby mogli sie obudzic ze snu insulinowego. Byli tacy normalni. To mnie przerazalo. To znaczylo, ze ja zanim bede mogl byc wypuszczony z zakladu bez klamek musze porzadnie udawac normalnego. I zaczalem udawac. Wstalem z lozka. Chodzilem prosto i pielegniarzom mowilem dzien dobry. Nawet przypomnialem sobie, jak sie nazywam. Ktoregos dnia zapyalem jednego z wspolpacjentow, ktory dawano niesamowite ilosci insuliny, po ktorych byl nieprzytomny przez wiele godzin, dlaczego wszyscy chorzy sa tacy normalni. Chorzy, a normalnie, o co tu chodzi. Pacjent zasmial sie kwasno. Wariatow tu wogole nie ma, powiedzial, wszyscy, co tutaj sa uciekli przed wiezieniem, albo klanianiem sie nie swoim Bogom. Tutaj dobrze daja jesc, jest spokoj i mozna przeczekac. Na co, zapytalem. Na nowa rzeczywistosc, odpowiedzial. To znaczy, ze jednak jestescie wariatami, powiedzialem, bo do terazniejszej rzeczywistosci nie przystawaliscie. Mozna tak rozumowac. Dobrowolnie zwariowalismy, powiedzial. A ja?, zapytalem, kim ja jestem? Ty jestes prawdziwym wariatem, za mlody jestes, zeby udawac. Wiec? O, ciebie moga dlugo trzymac, nawet wtedy, kiedy wszystko sie zmieni. Wymagasz leczenia. Wszedlem do labiryntu, z ktorego nie bylo drogi odwrotu. Poszedlem na swoje lozko i zaplakalem. Poczulem sie duzo lzej. Zrozumialem,ze wreszcie mam wlasna historie. Bylem kims konkretnym. Pobieglem do lekarza i poprosilem o elektrowstrzasy. Powiedzial, ze dzieciom sie nie daje. To mnie bardzo ucieszylo i zaczalem udawac zdrowego i zobaczyc, co z tego wyniknie. Przyszedl pamietny rok odnowy. Otworzonoi wrota Domu Wariatow i wszystkich wypuszczono. Tylko ja zostalem na oddziale. Lekarz oswiadczyl, ze jestem za mlody na wolnosc, ze trzeba mnie jeszcze podleczyc. historia pewnego opowiadania
Opowiadanie nie bylo zbyt dlugie, ale bylem z niego dumny. Traktowalo o dziewczynie pochodzacej z Hajnowka, ktora przyjezdza do Warszawy na studiach. Bardzo bylem z siebie zadowolony. Szczegolnie dlatego, ze byl to monolog dziewczyny. Wydawalo mi sie,ze jest to szczyt mozliwosci literatury. Pisarz meski udajacy kobiete. Wsadzilem maszynopis opowiadania do szuflady i postanowilem czekac. Ale to opowiadanie mnie swedzialo, domagalo sie swiatla. Ktoregos dnia, zupelnie nieprzytomny, pobieglem do tygodnika "Kultura", zeby je opublikowac. Biedna studentka ze wsi mowiaca po ukrainsku, to musi sie dac sprzedac. Opowuiadanie przyjeto i kazano czekac. Czkelame kilka miesiecy i nawet o calej sprawie zapomnielem. W koncu listownie wezwano mnie do Redakcji. Stawilem sie natychmiast, oniesmielony i unizony. Jaki tez bedzie wyrok? Wydrukuja, czy tez nie wydrukuja? Redaktor patrzyl na mnie uwaznie i usmiechal sie ironicznie. Wreszcie powiedzial: - Rzeczy interesujaca. Wydrukujemy. Ale koncowke chcemy wyrzucic. Czy pan sie na to zgadza. Czulem, ze powinienem sie zgodzic, bo jak sie nie zgodze, to mi opowiadania nie wydrujkuja. Z drugiej strony koncowka w opowiadaniu byla wazna, bo wn niej bohaterka wraca do biednej matki, poniewaz przegrala studia w wielkim obcym miescie. Wiec co bylo wazniejsze, koncowka, czy druk. Dla mnie oczywiscie druk, ale bez koncowki opowiadanie bylo nie wazne. Tak wiec sie bylem z myslami i nie wiedzialem, co mam powiedziec. Zas Redaktor az sie wglos smial. Znal moje mysli i wiedzial o co gra idzie. Wreszcie zupelnie skolowany powiedzialem, ze sie zgadzam, ze sie zgadzam na skreslenie konca opowiadania. Powiedzialem, a tu Redaktor, az sie smieje w glos i mowi: - Panie, dwadziescia lat temu taki Bratny, gdyby mu zaproponowano skreslenie chociaz jednego zdania w opowiadaniu, wyciagnalby pistolet. I zdania by nie skreslono. A pan koncowke do kosza wyrzuca. - A co ma robic?, zapytalem. - O to wlasnie chodzi. Czasy sie zmienily. Ja musze cenzurowac, a pan koncowke wrzucac do kosza. Opowiadanie wydrukowano. Bylem z tego bardzo dumny. Lecz w srodku mialem wyrzuty sumienia. Bo to nie tylko, ze wrzucilem do kosza redakcyjnego koncowke opowiadania, ale wlasciwie amputowalem kawalek mojej bohaterki. Juz nigdy pozniej nie pisalem zadnych opowiadan w pierwszej osobie jako kobieta. Gdyby przyszlo do kolejnego amputowania, wolalem sobie samemu amputowac noge, czy reke. Niezbadane sa wyroki cenzury. Podobno Adam Mickiewicz jedn ze swoich utworow zadedykowal Wielkiemu Cenzorowi.
wtorek, 29 listopada 2005
Jeszcze nie odroslismy od ziemi, a juz bylismy janczarami nowego Rezimu. Kochalismy go, bylismy z nim zwiazani na dobre i na zle. Bylismy gotowi popelnic dla niego hara kiri o kazdej porze dnia i nocy. I rezim musial o tym wiedziec, bo w oficjalnych przemowieniach bez przerwy powolywal sie na mlode pokolenie. Tak bylo. Wiec nie zdziwilem sie wcale, kiedy A.S. poniformnowal mnie, ze musimy zalozyc Organizacje do Walki z Kontrrewolucja. Zeby pomoc Wladzy. Przyjal mnie w pokoju stolowym swojego mieszkania. Stol byl nakryty czerwonym obrusem, przy ktorym siedzialo jeszcze kilku zapalancow roboty konspiracyjnej. Zaspiewalismy "Miedzynarodowke". Zlozylismy przysiege na wiernosc Stalinowi. Bylismy wiec juz bractwem. Teraz wypadalo zaczac dzialac. Ale nie wiedzielismy jak. Na czytanie dziel bylismy za mlodzi. Bylismy rzadni krwi. Szukalismy wroga. Ale przeciez nie moglismy go znalezc w krzakach w Saskim Ogrodzie. Moglismy go znalezc w szkole. Wiec biegalismy po korytarzu niczym psy goncze w nadziei, ze Wrog nam sie wreszcie objawi. A.S., ktory od nas odbieral przysiege, a wiec byl przeciez naszym przywodca, wciaz pytal, czy juz zlapalismy jakiegos Wroga Ludu, ktorego bysmy mogli zdemaskowac. A my nic. Tylko byl w nas lek, ze jestesmy tajni. Ale ujawnic sie nie chcielismy, bo wtedy nic nie zostaloby z zabawy. I tak bawilismy sie dlugo w utajnionych, az wreszcie ta zabawa nam sie zupelnie znudzila i zapomnielismy o niej. Mijaly lata. Rezim zelzal, a nawet wypuscil z wiezien wielu swoich Wrogow. Spotkalem na ulicy przypadkowo A.S., ktorzy bez wstepow oswiadczyl, ze przeszedl na pozycje opozycyjne i czy nie chcialbym sie przylaczyc. Mocno mnie zaskoczyl. Powiedzialem, ze sie zastanowie. W nocy, nie mogac zasnac, zastanawialem sie, jak to jest mozliwe, zeby czlowiek, ktory potajemnie, czyli bezinteresownie, chcial pomagac Wladzy, teraz chce ja obalic. To mi sie nie miescilo w glowie. I zaczynalem wietrzyc w tym podstep. Pomyslalem sobie, ze A.S tworzy tajna komorke antypanstwowa, zeby ja pozniej ujawnic wladzom. Taki odwrocony wallenrodyzm. Postanowilem do opozycjonistow nie przystepowac i udawac, ze A.S. wogole nie znam. Ale meczyla mnie mysl, ze jesli do opozycjonistow nie przystapie, to okaze sie czlowiekiem wstecznym i ciemnym. Wlasciwie zdrajca kolegow. Wiec co mialem robic? Jedynym wyjsciem bylo napisac anonim do Policji, ze A.S. jest wywrotowcem. Jesli go wsadza, to bedzie znaczylo, ze mial dobre intencje/ale dla kogo?/, jesli jesli go nie wsadza, to bedzie znaczylo, ze jest zdrajca. List taki napisalem. Zwykly donos. Na cale szczescie go zniszczylem, bo obawialem sie, ze znajda mnie po przeanalizowaniu charakteru pisma. Przez pare dni nie wychodzilem z domu. Czekalem, co sie stanie. Zastanawialem sie wciaz nad osobowoscia A.S. Doszedlem do wniosku, ze A.S. rzeczywiscie walczy z Rezimem, bo chce zajac stanowisko Ojca. Wiedzialem skadinad,ze wiekszosc opozycjonistow to dzieci wysoko postawionych w Rezimie osobistosci. Po prostu A.S. sadzil, ze rzadzilby lepiej od swego Ojca. Bylem w matni. Ni w lewo, ni w prawo. Cokolwiek bym zrobil, to wyszloby zle. Pozostawaly mi dwa wyjscia, zalozyc stryczek na szyje, albo wyjechac z Kraju na zawsze. Wybralem to drugie, bo mialem nadzieje, ze w przyszlosci wszystko sie wyjasni i rozwiaze. Pomogl mi w tym Dokument Podrozy bezpanstwowca. Wyobrazelem sobie, ze nie wyjezdzam jako Zyd, ale jako niedoszly Konspirator.
poniedziałek, 28 listopada 2005
Lajka
Byl koniec lat 50 - tych. Nie wiem, czy rock and roll juz do nas dotarl, ale mielismy jedna gitare i ktos na niej brzdakal. Zbieralismy sie po lekcjak w Parku Saskim i tam, w krzakach, pilismy z butelki wino. Palilismy w milczeniu papierosy i spluwalismy z powaga na trawe. Chcielismy za wszelka cene dzialac, ale nie mielismy pojecia, co mamy robic. Wydawalo nam sie, ze jestesmy jeszcze za mlodzi na bunt. Nie wiedzielismy prawde mowiac przeciw czemu mamy sie buntowac, chociaz niezadowolenie wisialo w powietrzu. Niezadowolenie naszych rodzicow. Ale nam wciaz bylo dobrze. Pilismy najtansze z mozliwych win i ogladalismy sie za kazda dziewczyna. Posagi starozytnych pieknosci mialy poobtlukiwane nosy. Na skraju Parku, pårz torach, wkopano kamien wegielny pod pomnik Jozefa Stalina. Tam nawet poito jednego z ZOP - owcow. Nie mysmy to zrobili, ale byc moze to byla pierwsza iskierka buntu. Pokoleniowego buntu. Ale bunt przyszedl nagle i nieoczekiwanie. Kiedy ow kolega, ktory brzdakal na gitarze, nagle pelnym glosem zaspiewal: Lajka nie zyje, Zabli ja dlatego, Ze nie chciala wrocic Do Zwiazku Radzieckiego. Hej Satelita, Hej, Satelita Nikita, Nikita Chruszczow. A kiedy wzleci w niebo Rakieta Nowa Nie zabraknie w niej Towarzysza Chruszczowa Hej, Satelita, hej Satelita... Pozniej spiewalismy to chorem i z duzym uczuciem. Czekalismy z utesknieniem, az przyjdzie policja i nas zaaresztuje, bo przeciez to honor cierpiec za poezje. Tworca tej piosenki nie byl Bobem Dylanem i zostal anonimiwy. Ale dla nas, chlopakow ze Srodmiescia, to byl pierwszy stopien do samoswiadomosci. Kto dzisiaj pamieta Lajke? Kto dzisiaj nas pamieta z tamtego okresu. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||